Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Przyczynek do historii PRL-u

 

Harcerskie wspomnienia Wicka - czyli siądźcie i poczytajcie

Bardzo lubiłam słuchać mojego ojca. Odpowiadał z ogromną cierpliwością na wszystkie moje (nie zawsze mądre) pytania. Przy okazji wizyt różnych znajomych, przyjaciół i krewnych wypływały przeróżne historie, o których nie miałam pojęcia.

W związku z rocznicą Powstania Warszawskiego ojciec postanowił na prośbę przyjaciela spisać swoje wspomnienia dotyczące nietypowych jej obchodów w latach pięćdziesiątych. Poniżej tekst, który ukazał się w książce Dorobek pedagogiki harcerskiej - materiały z konferencji naukowej zorganizowanej w 50. rocznicę powstania „Nieprzetartego Szlaku" Kraków 2008, a który redagowałam, recenzowałam i posiadam w swoich archiwach - bogatszy o liczne zdjęcia, na które w druku już miejsca zabrakło. Kawał świetnej historii - dosłownie i w przenośni. Kto ojca znał i lubił go słuchać tak jak ja, znajdzie w tym tekście całego jego - doskonałego opowiadacza i gawędziarza. A kto go nie znał bliżej - jest okazja.

Mnie bardzo tych opowieści o sprawach różnorakich brakuje...

Kraków, 6 listopada 2011 r.

Joanna Wąsik

Z domowego archiwum Joanny Wąsik

 

zdj1zdj2zdj3zdj4

 

HARCERSKIE WARTY HONOROWE

W ROCZNICĘ

POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

KRAKÓW 1957, 1958

zdj5

Wspomnienia osobiste spisane przez Wincentego Mierzwę

czerwiec-lipiec 2007

Tło historyczne i organizacyjne, czyli od prologu do epilogu

Prolog

Wiosna - lato 1956

Klimatycznie pewnie ta wiosna była podobna do innych, ale ja odbierałem ją jako wyjątkową. W perspektywie matura i egzaminy wstępne na Politechnikę Krakowską, a w środowisku „Jamy Michalikowej" w Krakowie, w którym się obracałem od trzech lat, coś zaczęło się zmieniać. Nie było to nic gwałtownego. Raczej rozpoczął się proces krystalizacji. Coś, co było płynne i nieokreślone, zaczęło tworzyć wyraźne skupiska. A to wokół Piotra Skrzyneckiego uformowała się grupa, która niedługo powołała „Piwnicę pod Baranami", a to grupa Polonistów z Uniwersytetu Jagiellońskiego skupiła się, aby wkrótce objawić się jako Klub Studencki „Jaszczury".

Atmosfera była gorąca, ale dyskusje ukierunkowane. A potem przyszły „Juwenalia". Pierwsze takie święta studenckiej braci, spontanicznie zorganizowane w Krakowie i chyba jedyne i ostatnie spontaniczne. I szli, i spływali ulicami w kierunku obwodnicy Plant Krakowskich, od Reymonta, Bronowic, Szlaku i Warszawskiej, a ruch na obwodnicy miał kierunek przeciwny do wszystkich oficjalnych manifestacji. I płynął tłum 1-go Maja, Basztową, Stalina - pod Pocztę Główną. A wołali: Chodźcie z nami! I poszli młodzi i starzy. A tłum gęstniał i gęstniał, aż wlał się na Rynek Główny. Mało kto zwracał uwagę na imprezy odbywające się na estradzie, bo jej prawie nie było widać. Tłum był sam w sobie i dla siebie. Po raz pierwszy ludzie poczuli się razem. Poczuli swoją siłę zwielokrotnioną wielosettysięcznie. To był oddech Wolności. Dla mnie było to jak szerokie otwarcie okna w ciemnej i dusznej „Jamie Michalikowej".

Po egzaminach na Politechnice długa piesza wyprawa z kolegą od Tatr do Beskidu Niskiego, a więc łażenie w wyczynowym tempie po wszystkich Beskidach.

We wrześniu wróciłem do zwyczaju przesiadywania w „Jamie Michalikowej", ale to już byłą inna aura. Zaczęli się też pojawiać inni ludzie. Tak przez Jurka Gąsiorowskiego poznałem Krzysztofa Gąsiorowskiego, jego stryjecznego brata. Krzysztof zaczął się pojawiać w towarzystwie Michała Muzyczki, swojego kuzyna, a mojego dobrego kolegi „z dzielnicy" i od brydża. Niedługo dołączył do nich Stanisław Palczewski „Siapek" i tak zaczęła się moja znajomość z „Jaworzniakami" (Gąsiorowski, Palczewski), ale o tym dalej.

Październik 1956

I wybuchło. Zaczęło się od wieców. Na Politechnice takie wiece odbywały się i dwa razy dziennie. Dydaktyka mocno na tym cierpiała, ale to był tylko początek. Nadszedł Październik Węgierski i wszystko stało się rewolucyjne. Komitety Rewolucyjne na uczelniach, a każda rozmowa była związana z odmianą słowa rewolucja. W tym czasie formuje się w kawiarni „Śnieżka" na ul. Świętego Jana luźna jeszcze grupa, która jest bardziej rewolucyjna od samej rewolucji. A więc: organizowanie pomocy dla Węgrów, oczywiste plany wyjazdu, a niektórym marzył się nawet czynny udział w tamtych wydarzeniach. Zapał nie stygł, ale życie toczyło się swoją koleją. Pociąg z pomocą odjechał i nawet nie pamiętam, czy dotarł na miejsce, nas nikt nie zaprosił do wyjazdu, a na Węgrzech wypadki potoczyły się, jak znamy z historii. Z tego okresu pamiętam zapał Janusza Kurzątkowskiego i radykalizm Michała Muzyczki. Krąg jeszcze towarzyski stale się powiększa. Emocje nie mają ujścia, aż do wiecu (jednego z wielu) w ostatnich dniach października w „Rotundzie" (Klub Studencki U.J.). Tam chyba po raz pierwszy pada hasło - odrodzenia ruchu harcerskiego (Nowakowski). I to było to na nasze rozgrzane umysły. Już „nie wyjeżdżamy", lecz zaczynają się dyskusje jak i co zrobić. Ujawniają się ludzie, którzy z harcerstwem byli związani w latach 1945-49, a więc tym przez nas akceptowanym. Przykładowo: Zygmunt Kural, Wincenty Cieślewicz i wielu innych. Hasło „odrodzenie harcerstwa" działa jak magnes. Jest nas coraz więcej. W „Śnieżce" funkcjonuje już duży stolik „ wodzowski", a cierpliwa Pani Marysia toleruje całodzienny pobyt wymieniającej się hałastry, która utargu nie daje.

Powstanie Akademickiej Drużyny Instruktorskiej im. Generała Józefa Bema przy Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie i współtowarzyszące akcje harcerskie

Z braku dostępu do potwierdzonych źródeł historycznych o działaniach, w których nie brałem osobistego udziału, wspomagam się odnalezioną w aktach IPN, w teczce Zygmunta Kurala - kroniką Drużyny „Bema" (okres założycielski), wspomnieniami Krzysztofa Gąsiorowskiego (pismo Jaworzniak z października 1995 r.) i niektórymi odpisami dokumentów SB udostępnionymi mi przez Zygmunta Kurala oraz odtworzonymi faktami w rozmowie z Andrzejem Dawidowiczem.

13 listopada grupa w składzie: Michał Muzyczka, Andrzej Kozicki i Krzysztof Gąsiorowski nawiązuje pierwszy kontakt z Komendą OHPL i uzyskuje upoważnienia do organizacji drużyn harcerskich. Dołącza do nich Zygmunt Kural i Stanisław Palczewski. Rozpoczynają się „werbunki" w Liceum „Sobieskiego", Technikum Chemicznym, Technikum Energetycznym, Technikum Geologicznym, Szkole podstawowej na ul. Prusa, w Liceum Sztuk Plastycznych. Pierwsza zbiórka drużyny od tej pory już w pełnej nazwie jako Akademicka Drużyna Instruktorska im. Generała Józefa Bema przy U.J. odbywa się 1 grudnia 1956 w jednej z sal U.J. przy Placu Sikorskiego. Równolegle trwają intensywne przygotowania do zwołanego na dzień 4 grudnia wiecu na U.J. w sprawie „odrodzenia harcerstwa".

Cytat z kroniki:

I wreszcie nadchodzi jeden z największych dni Harcerstwa Polskiego - dzień 4 XII 1956. W Collegium Novum, w Sali Kopernikowskiej, odbywa się ogólno wojewódzki wiec działaczy i sympatyków harcerstwa, przygotowany właśnie przez nas. Sala nabita, atmosfera napięta, a równocześnie bardzo uroczysta. Wreszcie wiec się zaczyna i po pierwszych paru minutach wszystkich ogarnia wzruszenie. Wszyscy zdają sobie sprawę, że wiec ten przejdzie do historii ZHP, że zwycięstwo jest odniesione, lecz że i walka jeszcze nieskończona. Wreszcie padają wzruszające słowa rezolucji iż (...) zebrani uważają Związek Harcerstwa Polskiego (...) za reaktywowany (autor kroniki: Michał Muzyczka).

8 grudnia 1956 r. Drużyna otrzymuje od władz U.J. własny lokal w podziemiu Collegium Novum, zwany odtąd „Bemówką" lub popularniej „Dołkiem". Był to lokal dwuizbowy (pierwsza sala duża), poprzednio wykorzystywany przez Zarząd ZMP i poprzednio też „w mieście" nazywany „dołkiem" z dodatkiem „łacińskiego" przymiotnika. Sprzątania po poprzednich użytkownikach było co niemiara, a i tak po dwóch latach SB znalazła jeszcze pozostałości jakichś druków i szpargałów. Pierwszym drużynowym zostaje Krzysztof Gąsiorowski, po nim na wiosnę '57 funkcję tę obejmuje Janusz Kurzątkowski, a od sierpnia '57 harcmistrz Tadeusz Rokossowski - „Misiek".

Nie odnoszę się tu do zagadnień związanych z bieżącą pracą drużyny, pierwszym zimowiskiem, atmosferą spotkań, dyskusji. Nie we wszystkim brałem udział, z przyczyn, o których dalej. Nie opisuję również szerszego tła, a więc powstania Rewolucyjnej Komendy Chorągwi ZHP, przemian w kierownictwie, na który znaczący wpływ mieli „Bemowcy" i które ich mocno angażowały.

Z „Bemem" w jego początkach byłem związany formalnie, ale bez szczególnej aktywności. A to z następującego powodu:

Pod koniec listopada 1956 Andrzej Dawidowicz zaproponował mi wspólne utworzenie drużyny harcerskiej na bazie Młodzieżowego Domu Kultury przy ul. Krowoderskiej. Droga była krótka. Po rozmowach z przychylną Dyrekcją MDK w grudniu na bazie pracowni modelarskich mieliśmy już trzon drużyny. Tak przygotowaną grupę zgłosiliśmy do Hufca ZHP Kraków-Łobzów, gdzie nadano jej numerację 26 KDH. Ja objąłem funkcję drużynowego (p.o.) a Dawidowicz - przybocznego. Praca organizacyjna tak mnie wciągnęła, że brakło mi fizycznie czasu na udział w zajęciach „Bema", a codzienny kontakt utrzymywałem przy stoliku „wodzowskim" w „Śnieżce". Wiosną '57 zaczęły się szkolenia terenowe i nauka biwakowania, tak że każda niedziela była nie moja. Chodziło mi o przygotowanie młodzieży do obozu letniego, a równocześnie o wewnętrzną integrację drużyny. Andrzej Dawidowicz raczej udzielał mi wsparcia duchowego.

Wspólnie w "Bemie" uzgodniliśmy plan obozowy. „Bemowcy" jadą w Bieszczady do miejscowości Rajskie nad Sanem, a ja z moimi z 26 KDH po wędrówce od Komańczy po Halicz dołączam do nich. Spotkaliśmy się około 12 lipca w Rajskiem. Zachwycony nie byłem. Komendantem obozu „Bema" był Janusz Kurzątkowski, a w magazynie obozu były tylko gwoździe. Wyjeżdżam do Krakowa, gdzie z M. Muzyczką załatwiamy w Centrali Rybnej 150 kilo konserw „Byczki w tomacie" i ten specjał staje się podstawą diety obozowej. Pomysłowość podsuwa nam pstrągi (łapane rękami) z Sanu – pieczone nad ogniskiem, a później współpracę z „Kowbojami" z Hulskiego, którym pomagaliśmy konsumować młode sztuki inwentarzowe. Troszkę się zapędziłem w czasie, ale posłusznie nawracam.

Skąd się wziął „Bem" - skrótowo opisałem, dlaczego im. Gen. Jozefa Bema nie muszę tłumaczyć po polsko-węgierskim październiku, ale kim byli ci, którzy go tworzyli i w nim działali?

Ludzie „Bema"

Z dokumentów, z którymi miałem do czynienia jako „funkcjonalny" pamiętam, że lista członków narastająco liczyła ponad 100 nazwisk.

Rozpoczynali ją „luminarze" U.J. - profesorowie, wyżsi pracownicy naukowi do asystentów w dół. Piękne tytuły, znaczące nazwiska z pierwszego okresu ogólnego entuzjazmu dla „sprawy", ale faktyczną pracę podjęło kilku asystentów i młodszych pracowników naukowych. Przy zmieniającym się stanie osobowym rzeczywistą działalnością zajmowało się około 50 osób. Trzon „młodzieżówki" stanowili „Jaworzniacy". Wtedy tak ich nie kwalifikowaliśmy, ale ogólnie byli to młodzi ludzie, którzy za działalność w różnych organizacjach młodzieżowych o charakterze niepodległościowym w latach 1951-52 zostali skazani na wieloletnie „odsiadki" i po różnych przejściówkach jak Wiśnicz czy Rawicz znaleźli się w więzieniu w Jaworznie dla młodocianych „przestępców politycznych", a później po obozie pracy w Strzelcach Opolskich, wiosną '56 r. wrócili do domu w ramach ogłoszonej amnestii. Wymienię niektórych: Zygmunt Kural, Krzysztof Gąsiorowski, Janusz Machalski, Stanisław Palczewski, Jan Mężyk, Zbigniew Barczyński, Marek Eminowicz i wielu innych.

Drugą grupą, którą wyróżniam, byli to członkowie tzw. „Rodziny Turystycznej". Wyjaśniam na przykładzie własnym:

Od 1951 r. wspólnie z A. Dawidowiczem (wtedy Sytą) zaczęliśmy uczęszczać na kursy przewodników po Krakowie i okolicach, prowadzone przez Polskie Towarzystwo Krajoznawcze (przed połączeniem się z PTT w PTTK). Widocznie odporność naszych organizmów była osłabiona, zaraziliśmy się wirusem turystyki i to odmianą wybitnie złośliwą. Popadliśmy w pewne „szaleństwo" objawiające się koniecznością zdobycia wszelkich możliwych oznak turystycznych, oczywiście złotych, choć tylko „młodzieżowych": GOT, OTP, GON, TOK, KOT i czort pamięta, co jeszcze. Trzymało to nas długo. Aż w 1953 roku przy zjednoczonym już PTTK powstaje Koło Przodowników Turystyki Młodzieżowej. Tego nam było potrzeba. Koło prowadził (?) Janowski, a jednym z instruktorów był Leszek Haupt, późniejszy „Bemowiec". Stąd po wspólnych latach „wyryp turystycznych" określaliśmy się jako „Rodzina Turystyczna" lub bardziej infantylnie „Rodzinka". To środowisko dało początek wielu inicjatywom, jak: Klub Grotołazów „Skałkołazów", czyli poważniej Sekcji Wspinaczkowej, Płetwonurkowania, itp.

Z tego środowiska ściśle z sobą zaprzyjaźnionego do „Bema" weszli poza mną: Andrzej Dawidowicz, wspomniany Leszek Haupt, Bożena Izdebska (Kural), Alicja Kamińska (Cieślewicz), Jerzy Idzik, Marek Kozicki, Zbigniew Sabiński i inni.

Pozostali - ? Wszyscy - ? Każdy miał własną aurę rozpoznawalną pewnie pozazmysłowo. Wszyscy mieli wpojone zasady patriotyzmu. Jeśli ktoś miał ojca walczącego o Polskę, zamordowanego w Katyniu, albo straconego (skazanego) po procesach PRL, albo sam zakosztował harcerstwa z lat 1945-49 a miał itd., to był trzy w jednym, a jak sam jeszcze był „po wyroku" to był cztery w jednym itd., a jego „aura" wyczuwalna była na odległość. I nikt nikogo z życiorysu nie przepytywał. Ja sam miałem swoją „aurę" jako „syn przestępcy politycznego i wroga Polski Ludowej - Stanisława Mierzwy", jak celnie określił Dyrektor Weber, relegując mnie z Liceum Muzycznego w 1952 roku.

Działalność „Bema" w roku 1957

O obozie w Bieszczadach już wspomniałem. Następną czasowo inicjatywą było zapoczątkowanie Harcerskich Wart Honorowych w rocznice Powstania Warszawskiego. Decyzja byłą zgodna, a działanie natychmiastowe. Warta została powtórzona w 1958 r., ale o szczegółach - dalej. Sprawy organizacyjne: po obozie w Bieszczadach obejmuję 41 KDH przy Liceum Plastycznym wcielając do niej prowadzoną 26 KDH. 41-szą przejmuję od Krzysztofa Gąsiorowskiego (pierwszym drużynowym był Zygmunt Kural). Równocześnie w „Bemie" obejmuję funkcję przybocznego.

W październiku z inicjatywy Teresy i Krzysztofa Gąsiorowskich powstaje zespół artystyczny, który opracowuje montaż słowno-muzyczny na zbliżającą się rocznicę Powstania Listopadowego. Warto o nim wspomnieć, bo nazwiska członków są i dzisiaj powszechnie rozpoznawalne.

Skład aktorski:

- Teresa Gąsiorowska

- Andrzej Buszewicz

- Barbara (?) Buszewicz

- Bożena Seniuk (Pijanowska) starsza siostra Anny

- Henryk Pijanowski

- Janusz Zakrzeński

Choreografia:

- Henryk Kuś

Muzyka i akompaniament:

- Zygmunt Konieczny

Zespół dał występ premierowy w auli Liceum Witkowskiego i na więcej cenzura nie dała się nabrać.

Zespół zmienił charakter na estradowo-rozrywkowy i w lecie 1958 odnosił pełne sukcesy. W jesieni zwraca się do nas jako „specjalistów od Bieszczad" - Jacek Kuroń, ówcześnie Zastępca Naczelnika ZHP, o pomoc w kwatermistrzowskim przygotowaniu planowanej na 1958 r. pierwszej masowej akcji HALMS '58 - Bieszczady, czyli Harcerskiej Akcji Letniej Młodzieży Starszej w Bieszczadach. Temat nośny politycznie, ponieważ władze ogłosiły akcję „zagospodarowania Bieszczad", wyludnionych i wyniszczonych całkowicie po „Akcji Wisła" i po odzyskaniu ich części w ramach regulacji granicznych w 1954 r.

Wspólnie z A. Dawidowiczem mieliśmy już Bieszczady w nogach w 1955 r., potem obóz wędrowny w 1957 r., koledzy po obozie w Rajskiem. Czuliśmy się „w temacie". Rozpoczęły się wyjazdy do Warszawy, do GK ZHP, narady, narady, żmudna robota, a z wiosną '58 r. wyjazdy kwatermistrzowskie w teren.

Na przełomie '57/'58 r. zostałem wraz z A. Dawidowiczem oddelegowany na kurs instruktorski w Zwardoniu. W efekcie uzyskałem stopień instruktorski „Przewodnika". Z kursu zapamiętałem młodą zastępową Ewę, która skomponowała piosenkę „o harcerzu, który czesał się na jeża", a którą później nie większa, ale doroślejsza Ewa Bem włączyła do swojego repertuaru. Pracy „organicznej" w „Bemie" było mało. Znaczna część instruktorów zajmowała się „swoimi" drużynami, kierownictwo działało akcyjnie.

Działalność „Bema" w 1958 r.

Wiosna - przygotowanie akcji HALMS, a w tych ramach z zespołem instruktorskim obozu letniego 41 KDH.

Wiosną po wcześniejszych uzgodnieniach z PTTK w Rzeszowie (Cieślewicz, Gąsiorowski) wyjeżdżam do Rzeszowa, a następnie do Sanoka, gdzie na własne nazwisko przejmuję od PTTK na czas nieograniczony budynek Stanicy WOP na Połoninie Wetlińskiej z przeznaczeniem na schron turystyczny. W „Bemie" zaczyna się gorączkowa robota (fundusze, materiały, plany adaptacji) dla otwarcia w lecie '58 schronu turystycznego na Połoninie Wetlińskiej. Zadanie udało się. Schron działał przez następne sezony prowadzony od '59 r. przez 41 KDH do 1963 r., (Republika Wetlińska i inne dziwne pomysły), ale to już inna historia.

Wielka Akcja HALMS '58 - Bieszczady

Akcja planowana na 2000 uczestników przy silnym wsparciu wojska (służby medyczne i transportowe) z powodu ulewnych deszczy (nieprzerwane strugi wody, wylane rzeki, maksymalnie rozmiękłe tamtejsze nieutwardzone drogi) omal nie zakończyła się klęską. Po 10 lipca przy zmienionej lokalizacji dla części obozów sytuacja została opanowana. 41-sza dotarła na miejsce lokalizacji - Wetlina - pieszo z Cisnej i wahadłowo przenosząc lżejszy sprzęt i żywność z Cisnej przetrwała najgorsze w wiacie tzw. Parku Konnego, później rozwijając normalny obóz. Chatka na połoninie, obsługiwana przez zastęp instruktorski, przygotowana już wcześniej (od czerwca) działała prze cały sezon.

Zespół artystyczny „Bema" zakwaterowany przy obozie 41 KDH dawał występy w obozach HALMS, skupiskach robotniczych (świetlice), a w miesiącu sierpniu, na prośbę GK, dawał występy na obozach harcerskich w regionie Mazurskich Jezior. Oczywiście pierwszego sierpnia powtórzono Wartę Honorową w Rocznicę Powstania Warszawskiego, o czym osobno.

Epilog

W jesieni rozpoczął się zdecydowany napór na rozwiązanie „Bema". Sygnały szły z Warszawy z GK przez Komendę Chorągwi. Służba Bezpieczeństwa przystąpiła do fazy końcowej. W listopadzie przeprowadzono szczegółową rewizję w lokalu „Bema" z kuciem ścian i pełną „pokazówką". Uniwersytet wycofał nam przydział lokalu, decyzja o rozwiązaniu była już przygotowana i podjęta w Komendzie Chorągwi przy udziale Jacka Kuronia, który specjalnie przyjechał z Warszawy.

Suplement i kontynuacja

„Bem" formalnie przestał istnieć z końcem listopada 1958 r. po dwuletniej działalności, ale warto wrócić do niektórych aspektów związanych z jego istnieniem.

Ideologia w „Bemie"

Od samego początku instruktorzy „Bema" stali na pozycji reaktywacji harcerstwa skautowego. Pozostawało to w sprzeczności z teorią i praktyką Głównej Kwatery lansującej przez swojego głównego ideologa Jacka Kuronia model „drużyn Walterowskich" dla starszej młodzieży harcerskiej, wypracowany jeszcze w ZMP. W wielodniowych (wieczornych) dyskusjach Jacek K. nas nie przekonał, a jego teorie ewolucji socjalizmu z docelowym modelem komunizmu „Trockistowskiego" były już wtedy dysydenckie, ale te teorie my mieliśmy tam gdzie znany krakowski poeta i satyryk Witold Zechenter socjalizm we fraszce „Na celników" - cytuję z pamięci:

„Grzebiecie mi w kufrach,

zaglądacie do waliz,

a nie wiecie, że ja

w d... przemycam socjalizm"

W naszym kręgu nie było spraw „tabu". Katyń, łagry, „Przyjaźń Radziecka", okres stalinizmu, prawda o Powstaniu Warszawskim. Te sprawy były przedmiotem stałych, otwartych dyskusji, a socjalizmowi, komunizmowi, przeciwstawialiśmy nasz prosty patriotyzm - Polska (w marzeniach wolna i niepodległa jak niegdyś, nie tak dawno). Patriotyzm ten rozładowywaliśmy w krakowskim „Feniksie" lub warszawskim „Bazyliszku" zamawiając o północy „Czerwone Maki na Monte Cassino" i pilnując by goście lokalu przerwali zabawę i przyjęli postawę „baczność". Pamiętam, że jeden w Bazyliszku miał inny pogląd na taki patriotyzm. On też pewnie długo pamiętał.

Taka postawa musiała budzić niepokój w Krakowskiej Komendzie Chorągwi, która szybko przestała być „rewolucyjna" jak i w GK, która nigdy rewolucyjna nie była. Pamiętam jak druhna Zofia Zakrzewska - Naczelnik ZHP, wizytując obóz w Wetlinie w lipcu '58 r. po zaprezentowaniu jej zastępu instruktorów z „Bema" (załoga schronu na Połoninie Wetlińskiej) wyraźnie określiła: Ta drużyna nie ma racji bytu. Inna rzecz, że prezentowany zastęp wygląd miał mało harcerski... Noże ich długie, stroje bardziej partyzanckie, brody, wzrok dziki, a i subordynacja mało wzorowa.

Suplement do roku 1957

Zapomniałem wspomnieć o powstaniu w „Bemie" w początkach '57 r. zastępu „Sałapatków", (Sałapatek Jan, jeden z dowódców oddziałów partyzanckich AK, dowódca oddziału u Kurasia „Ognia", po jego rozbiciu samotnie prowadzący walkę partyzancką do stycznia '55 roku, zabity w walce z UB) cóż za prowokacja SB!

To była elita. Janusz Kranz ułożył hymn (tekst w załączeniu), który szybko stał się hymnem „Bema", później 41 KDH, a wreszcie śpiewały go liczne zaprzyjaźnione drużyny. Był i totem „Sałapatków" - buława (drugi jej egzemplarz po zaginięciu pierwszego posiadam do dziś).

„Bem" a Służba Bezpieczeństwa

SB już w pierwszych miesiącach po powstaniu „Bema" objęła go szczególną opieką. Akcji nadano kryptonim „Pasterze", a założeniem operacyjnym SB było „dążenie do powstania w drużynie, nielegalnej organizacji, której celem z kolei miało być zbrojne obalenie Władzy Ludowej". Formuła uniwersalna używana od '45-go roku jeszcze przez UB. Na razie wszystko było legalne, a zagadnienie tezy „o broni" muszę omówić dokładniej.

Broń w „Bemie" była prawie od początku. A to na potrzeby Warty Honorowej w 1957 r. , w 1958 pozyskane z LPŻ w depozyt na ten sam cel, a to KBKS-y dla szkolenia młodzieży w strzelectwie sportowym. Ja i K. Gąsiorowski mieliśmy status instruktorów strzelectwa sportowego LPŻ i często organizowaliśmy kursy strzeleckie. Na obozy letnie czy zimowe pobierało się z LPŻ trzy lub cztery KBKS-y i kilka tysięcy amunicji i kurs był do realizacji. Satysfakcją z tych szkoleń dla mnie jest fakt, że ze środowiska 41 KDH wyszła przyszła mistrzyni Polski - Bogumiła Stawowska. Ale to wszystko było legalne i tu cały szkopuł. Sam kryptonim „Pasterze" odbieram sympatycznie, jako że w 1958 i '59 r. wystawialiśmy uzbrojone nocne straże dla ochrony przed wilkami stad owiec w Bieszczadach, a bacowie hojnie nam to wynagradzali bundzem. Wilki szkody nie poniosły, a ser był. Udowodnienie tezy o nielegalnej broni było sprawą ciężką, ale nie beznadziejną dla sprawnych oficerów SB. Rozwinęli siatkę tajnych współpracowników, których w akcji „Pasterze" doliczyliśmy się pięciu. I cóż? Tw donosi: grupa instruktorów wybiera się we wrześniu ('58) w Bieszczady w pasmo Otrytu zbierać orzechy laskowe. Inteligentny oficer SB Marian H. melduje przełożonym: prawdopodobnie chodzi o poszukiwanie w lasach amunicji. Tw donosi: grupa instruktorów urządza wycieczki do starych kanałów miejskich. Ten sam oficer SB melduje przełożonym: prawdopodobnie chodzi o poszukiwanie broni. A sprawy były proste: w pierwszym wypadku cel był wybitnie komercyjny - pozyskanie ze skupu orzechów funduszy dla drużyny (wyjazd nie doszedł do skutku, ponieważ W. Cieślewicz nie załatwił samochodu z Harcerskiego Ośrodka Technicznego), w drugim przypadku pasjonat starych średniowiecznych kanałów - Janusz Helfer oprowadzał nas po dostępnych odcinkach tychże. Wrażenia niezapomniane. W sprawach broni wzywano nas na przesłuchania jesienią '57 i później we wrześniu '58 po publikacji w „Przekroju" fotoreportażu z Bieszczad. Na zdjęciach byli między innymi nasi harcerze na koniach z karabinami „przez plecy" (KBKS-y). Było tam i zdjęcie mojej siostry Jadwigi. I znowu niewypał - broń legalna. Ale SB nie ustawała w wysiłkach. Podstawowe wytyczne dla Tw - donieść o nielegalnej broni. A ci Tw pisali w raportach: słyszałem, podobno itp. Ja bym takich agentów zwolnił natychmiast, a SB zrobiła to dopiero po załatwieniu sprawy „Bema".

Jak pisze „już" kapitan Marian H. w charakterystyce Tw Ps. „Rawicz" zwerbowanego 15.03.60 r.: organizuje nową organizację nielegalną w ramach drużyn instruktorskich U.J. im. Bema, która (to drużyna - dopisek mój) została profilaktycznie rozwiązana przez naszą Służbę.

W tym świetle niektóre opowieści o samorozwiązaniu się „Bema" nie znajdują oparcia w faktach, o których zresztą musiałbym wiedzieć.

Cały czas czuliśmy oddech SB, ale niestety podejrzewaliśmy nie tych prawdziwych. Niektórych nawet nie ma jak przeprosić. Odeszli.

Wokół członków „Bema", szczególnie grupy „Jaworzniaków", SB rozpinało kolejne siatki TW, a ich ilość rośnie z latami, ale to już inne historie. Nie należy też zapominać, że z naszego środowiska „Bemowskiego" wywodzi się uważany przez SB po roku '60-tym za jednego z najlepszych agentów i wysoko płatny, przywołany już Tw „Rawicz", „Klinowski" i paru innych pseudonimów. Niech spoczywa w spokoju, bo między nami już go nie ma.

Kontynuacja

Jak wspominałem, wielu instruktorów „Bemowskich" zajęło się pracą w swoich drużynach. Znaczna grupa związała się z 41 KDH, między innymi (poza mną): S. Palczewski, K. Gąsiorowski (w jesieni '59 przekazałem mu kierowanie drużyną zachowując funkcję przybocznego), M. Muzyczka, Z. Kural, J. Mężyk, A. Dawidowicz, W. Cieślewicz (dodatkowo w „Huraganie", J. Kurzątkowski, J. Czarnecki, J. Helfer i inni doraźnie wspomagający. 41 KDH siłą swojej kadry przejęła wiele elementów z „Bema". Akcje obozowe w Bieszczadach, prowadzenie schronu na Połoninie Wetlińskiej, pielęgnacja wartości skautingowych i wiele innych.

Ponieważ w kwietniu '61 r. musiałem przenieść się do Warszawy, z 41-szą utrzymywałem tylko kontakt sporadyczny. Po powrocie do Krakowa w sierpniu '62 r. nie miałem już do czego wracać. To był koniec 41 KDH i koniec mojej harcerskiej przygody, a właściwie nie przygody, tylko kawałka mojego życia. Intensywnego życia.

Moim przyjaciołom z tamtych czasów, a pozostali nimi dla mnie do dziś, życzę, aby dołożyli swoje cegiełki wspomnień do tej naszej wspólnej budowli, którą realizowaliśmy z trudem, ale i z przynależnym młodości zapałem.

HARCERSKA WARTA HONOROWA

PRZY GROBIE NIEZNANEGO ŻOŁNIERZA

W 13-TĄ ROCZNICĘ POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

 

zdj6

 

KRAKÓW, 1 SIERPNIA 1957 R.

Obóz letni w Bieszczadach. Część instruktorów „Bema" pozostaje w Krakowie. Decyzja o „warcie" podjęta już wcześniej. Z obozu zjeżdża K. Gąsiorowski, aby dopilnować przygotowań. Zgłoszenia legalności „warty" dokonano przez powiadomienie Urzędu Wojewódzkiego (S. Palczewski). Broń długą (karabiny) w ilości 50 sztuk pozyskano w „depozyt" z Zarządu Wojewódzkiego LPŻ. Większość z nich stanowiły „mauzery", po kilka sztuk broni angielskiej i rosyjskiej. Pistolety maszynowe z Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, a broń krótka - pistolety VIS i P-38 z magazynu Wojewódzkiej Komendy Milicji Obywatelskiej. Uzupełnienie strojów „powstańczych" z rekwizytorni Teatru im. J. Słowackiego. Wartownie urządzono w budynku Akademii Sztuk Pięknych przy Pl. Matejki. Rano z lokalu „Bema" w Collegium Novum wyrusza zorganizowana grupa instruktorów w pełnym rynsztunku „powstańczym". Przemarsz przez miasto był jednym z elementów widowiskowych akcji. Na miejscu - w wartowni - czeka już pozostała grupa instruktorów, w tym nasze instruktorki oraz wspomagająca młodzież harcerska z prowadzonej przeze mnie 26 KDH.

Warta rozpoczyna się od złożenia na Grobie Nieznanego Żołnierza wiązanki kwiatów od organizatorów. Warta trwa od godziny 8:00 rano do 20:00. Zmiany co 20 minut. Regułę stanowi dwóch wartowników w mundurach powstańczych, wzmacnianych okresowo asystą młodych harcerzy. Około południa zjawia się delegacja krakowskich kwiaciarek z Rynku Głównego i składa wiązankę z szarfą „Żołnierzom AK w 13 rocznicę Powstania - kwiaciarki z Rynku Głównego". O godzinie 17:00 ze składu „warty" wydzielony zostaje patrol (w jego składzie Z. Kural), który pełni wartę honorową w Sali Teatru Starego, gdzie odbywa się akademia rocznicowa środowiska AK ZBOWID.

Akcja „warty" ze zrozumiałych względów nie miała ani wcześniejszego, ani późniejszego nagłośnienia. Zorganizowana została z zaskoczeniem władz i niejako między jej „palcami". Reakcje mieszkańców Krakowa - przeważnie przechodniów - były rożne. Od zdziwienia scenografią „widowiska", poprzez jakieś zawstydzenie i spoglądanie chyłkiem (a może to jakaś prowokacja?), czegoś, w co nie chce się być zamieszanym, do wyrażanych gratulacji i łez wzruszenia. Niektórzy wracali i składali swoje wiązanki a nawet pojedyncze kwiaty. Wtedy byłem dumny, a dziś myślę - warto było.

Zdjęcia ze zbiorów autora

zdj7

Janusz Kurzątkowski (Instr. „Bem")

zdj8

Marian Czajka (26 KDH)

zdj9

Janusz Orbitowski (41 KDH)

Michał Muzyczka (Instr. „Bem")

zdj10

Marian Czajka (26 KDH)

Wincenty Cieślewicz (Instr. „Bem")

Stanisław Palczewski ((Instr. „Bem")

Janusz Kurzątkowski (Instr. „Bem")

Zygmunt Kural (Instr. „Bem")

Krzysztof Gąsiorowski (Instr. „Bem")

zdj11

Bogna Meus (Instr. „Bem")

zdj12

Alicja Kamińska (Instr. „Bem")

Bogna Meus (Instr. „Bem")

z boku Janusz Kranz (Instr. „Bem")

z tyłu N.N.

zdj13

Bogna Meus (Instr. „Bem")

Alicja Kamińska (Instr. „Bem")

zdj14

Andrzej Dawidowicz (Instr. „Bem")

zdj15

Alicja Kamińska (Instr. „Bem")

zdj16

Harcerka N.N. (26 KDH)

Janusz Orbitowski (41 KDH)

Michał Muzyczka (Instr. „Bem")

Harcerz N.N. (26 KDH)

zdj17

Michał Muzyczka (Instr. „Bem")

Stanisław Palczewski (Instr. „Bem")

Wincenty Mierzwa (Instr. „Bem")

zdj18

Kwiaciarki z Rynku Głównego składają wiązanki kwiatów

na Grobie Nieznanego Żołnierza - w mundurze Marian Czajka (26 KDH)

HARCERSKA WARTA HONOROWA

PRZY GROBIE NIEZNANEGO ŻOŁNIERZA

W 14-TĄ ROCZNICĘ POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

 

zdj19

 

KRAKÓW, 1 SIERPNIA 1958 R.

Sprawa była znacznie trudniejsza niż rok wcześniej. Władza już się prawie obudziła, a luźne palce miała już zaciśnięte w kułak. Komenda Chorągwi wręcz sprzeciwiała się takiemu prowokowaniu władz. Ale przecież sam „Bem" był w jakimś sensie taką prowokacją szybko „normalizującej" się sytuacji politycznej. Jedna więcej? - organizujemy.

Od wiosny 41 KDH ćwiczy „na sucho" na Błoniach Krakowskich musztrę marszową. Dało to piękne efekty na defiladach harcerskich. W lokalu „Bema" odbywa się musztra z bronią. Ćwiczenia uciążliwe, ale efekt znakomity. Musztrę z bronią ćwiczyli wyłącznie ochotnicy i takie też kryterium obowiązywało przy ustalaniu składu warty. Tę sprawę trzeba było czuć. Wtedy to były zgłoszenia spontaniczne, a po latach, kiedy wspominaliśmy tamte czasy, ujawniały się dopiero fakty historyczne, będące bodźcem do owej spontaniczności. To były te indywidualne, rodzinne i wynikające ze znajomości historii sympatie i powiązania z Powstaniem.

Sprawę z bronią mieliśmy ułatwioną dzięki posiadanym karabinom. Z resztą broni poradziliśmy sobie jak w '57 roku. Dojścia do rekwizytów też już były przetarte. Obsada instruktorska była ograniczona (praktycznie: W. Mierzwa, A. Dawidowicz, J. Idzik, K. Gąsiorowski). Trzon warty stanowili starsi harcerze i harcerki z 41 KDH. Prezentowany mój zasób zdjęciowy nie oddaje składu ilościowego warty. Organizacja podobna jak w '57 roku. Wartownia w ASP, zmiany co pół godziny. Grób Nieznanego Żołnierza udekorowany. Około 10:00 (odbitka notatki prasowej w serwisie zdjęciowym) dochodzi do wypadku. Trzeba wyjaśnić, że w tamtym czasie Grób Nieznanego Żołnierza znajdował się tuż przy chodniku w bliskości jezdni ul. Basztowej. Dla dokonania zmiany warty z asystą musiało się czasowo wkroczyć na jezdnię (tory tramwajowe).

Przebieg wypadku:

Prowadzący zmianę warty A. Dawidowicz z jezdni Plac Matejki prowadzi pododdział do torowiska ul. Basztowej. Nadjeżdżający od ul. Długiej tramwaj linii 4 zostaje czasowo zatrzymany. Po zwrocie w lewo czoła pododdziału tramwaj nagle rusza i odtrącając asystę harcerek (Marta Sigmunt, Bogumiła Stawowska) zagarnia trójkę (A. Dawidowicz, W. Mierzwa, K. Gąsiorowski) pod przód wozu motorowego wlokąc ich po bruku przez 22,5 metra. Uratowała nas deska montowana pod przednią częścią pojazdu szynowego, a mnie na pewno hełm, w którym miałem dziurę od uderzenia złącza sprzęgającego. Ktoś wezwał karetkę pogotowia. Ja wydostałem się samodzielnie i po opatrzeniu ręki (łokcia) odmówiłem jazdy na pogotowie. Koledzy byli poszkodowani bardziej: A. Dawidowicz - uszkodzony obojczyk, głowa mocno rozcięta - do szycia, K. Gąsiorowski ze skomplikowanym i wielokrotnym złamaniem nogi. Na wartę wrócić już nie mogli, a K. Gąsiorowski wiele miesięcy kurował złamania. Jest rzeczą ustaloną, że do zatrzymania rozpędzającego się tramwaju, doprowadził pasażer - kolejarz - gwałtowną reakcją słowną i grożąc motorniczemu tzw. „wajchą". Ten człowiek nawiązał z nami kontakt i przekazał własną relację. Reszta teorii nie ma żadnych potwierdzeń. Prokurator szybko umorzył śledztwo bez naszego udziału, a potwierdzeniem tego faktu było pismo prokuratury w aktach ustalających stopień inwalidztwa K. Gąsiorowskiego (o ile pamiętam 14% stałego inwalidztwa). A. Dawidowicz, a tym bardziej ja nie czyniliśmy żadnych starań w ZUS. Psychicznie poszkodowani byli wartownicy, którzy ponad godzinę patrzyli na przebieg zdarzenia - bez gestu - bez „mrugnięcia okiem" (efekt musztry). Natychmiast po opatrzeniu dokonałem ich zmiany. Jako komendant warty utrzymałem ją do zaplanowanej godziny 20:00. Szok powypadkowy dawał mi sporą dawkę adrenaliny, a do szału doprowadzały mnie tylko dwa małe smyki, które trawką łaskotały mnie po poranionych plecach (koszulę z tyłu miałem w strzępach). Nie było wprawdzie takiego wspaniałego gestu kwiaciarek jak w '57 r., ale reakcje Krakowian były i cieplejsze i liczniejsze.

Zdjęcia ze zbiorów autora

zdj20

Wincenty Mierzwa (Instr. „Bem")

Marian Czajka (41 KDH)

zdj21

Marta Sigmunt (41 KDH)

Bogumiła Stawowska (41 KDH)

zdj22

Marta Sigmunt (41 KDH)

Bogumiła Stawowska (41 KDH)

zdj23

Stanisław Dziedzic (41 KDH)

Jerzy Idzik (Instr. „Bem")

zdj24

Wincenty Mierzwa (Instr. „Bem")

Marian Czajka (41 KDH)

zdj25

Bogumiła Stawowska (41 KDH)

Marta Sigmunt (41 KDH)

Wincenty Mierzwa (Instr. „Bem")

Janusz Orbitowski (41 KDH)

Józef Tyc (41 KDH)

zdj26

Wincenty Mierzwa (Instr. „Bem")

Marian Czajka (41 KDH)

zdj27

Wincenty Mierzwa (Instr. „Bem")

Bogumiła Stawowska (41 KDH)

Marta Sigmunt (41 KDH)

Janusz Orbitowski (41 KDH)

Józef Tyc (41 KDH)

zdj28

Wincenty Mierzwa (Instr. „Bem")

zdj29

Stanisław Dziedzic (41 KDH)

Jerzy Idzik (Instr. „Bem")

zdj30

Jerzy Idzik (Instr. „Bem")

zdj31

Marta Sigmunt (41 KDH)

Bogumiła Stawowska (41 KDH)

zdj32

Jerzy Boduch (41 KDH)

Elżbieta Danek (41 KDH)

Danuta Włodarczyk (41 KDH)

zdj33

Wycinek z Gazety Krakowskiej

Więcej „numeru" z Wartą nie dało się już powtórzyć. I to nie dlatego, że pozbawiono nas rekwizytów (karabiny). W 1959 „takie numery" już nie przechodziły, ani w mentalności władz harcerskich, ani urzędowo-państwowych. Oni okrzepli, a harcerstwo prawie w całości, a pozornie całe, zostało podporządkowane słusznej ideologii dyktowanej centralistycznie przez Główną Kwaterę. Skończyła się „partyzantka" i hołdy „powstańcze", a zaczęła się etatyzacja do szczebla drużyn i pranie, pranie mózgów środkami prymitywnej propagandy i ogromem biurokracji.

hm. Wincenty Mierzwa

Free business joomla templates